Rozterki

Czy nie jest za wcześnie na ten wyjazd? Jak chłopaki zniosą taki sposób podróżowania? Czy taka gonitwa pozwoli nam nacieszyć się widokami i czy nie będziemy w każdym miejscu trochę za krótko?
I ostatnie najważniejsze pytanie: czy nie jestem zbyt wielkim egoistą, aby w ogóle wymyślić taki wyjazd?

Pytania piętrzyły się w mojej głowie na długo przed wyruszeniem w tę szaloną wyprawę. Wyprawę, która zakładała pokonanie 3000 kilometrów, pięciu krajów i zobaczenia w jej trakcie ogromu pięknych i niezapomnianych miejsc. Wyprawę, w którą zabrałem Żonę i dwójkę małych szkrabów (3 miesiące i 2.5 roku). A, jeszcze jedno: mieliśmy pokonać całą tę trasę samochodem. W środę 12 września wyruszyliśmy w nieznane. Przed nami Czechy, Austria, Włochy, Chorwacja oraz Słowenia. Czy wyprawa okazała się dobrym pomysłem?

Austria

Pierwszy etap naszych wakacji zakładał pokonanie 650km i dojechaniu aż do austriackiego Gosau. Wiedzieliśmy, że aby później móc rozkładać resztę trasy na mniejsze fragmenty musimy zrobić jeden dłuższy odcinek. Zakładaliśmy wspólnie z Basią, że chłopaki nie będą jeszcze alergicznie reagowali na widok samochodu i sam fakt wyruszenia na wielkie planowane wakacje będzie dla nich ekscytujący (o ile dla trzymiesięcznego niemowlaka cokolwiek może być ekscytujące :)). Nasze przypuszczenia sprawdziły się w 90%. Całą trasę rozłożyliśmy sobie na dwie części, robiąc dłuższą przerwę za Brnem. Parkingowe skakanie i bieganie okazało się zbawienne dla zdrętwiałych nóżek dwulatka i jeśli macie taką możliwość w podróży – bardzo polecam. W późniejszej części wyjazdu często korzystaliśmy ze sprawdzonego patentu dwuminutowego biegania i krótkich wygłupów ze starszym synem. Pozwalało to na kolejną spokojną godzinę w samochodzie.
A dlaczego przypuszczenia sprawdziły się w 90%? Dlatego, że trasa okazała się za długa o jakieś 20 kilometrów. Została nam już dosłownie końcówka trasy, wjeżdżamy na górskie serpentyny w pobliżu Hallstatt, aż tu nagle – ni z gruchy ni z pietruchy, rozpoczęła się symfonia płaczu, jęku i histerii. Chłopcy byli już po prostu przemęczeni. Nie byliśmy ich w stanie niczym uspokoić i wiedziałem, że zatrzymywanie się w takim momencie już nie ma sensu – nie włożylibyśmy ich już do samochodu po takim dramacie. Nawigacja urywała kolejne minuty, kilometry zmniejszały się w powolnym tempie, aż w końcu dojechaliśmy do naszego noclegu. Dawno nie wychodziłem z samochodu z taką ulgą. Gosau jest przepięknie położoną, małą miejscowością niedaleko Hallstatt. Wybraliśmy tę destynację z jednego powodu – ceny i dostępności noclegu. Kiedy wysiedliśmy z samochodu Antek (starszy syn) zaczął biegać jak szalony i od razu znalazł pobliski plac zabaw. Pięknie patrzyło się na tę małą, dziecięcą radość, że jesteśmy już na miejscu. My też byliśmy z Basią wykończeni. Czasy, kiedy pokonywało się trasę do Czarnogóry na raz, dawno minęły. 😉 Chwilę pobawiliśmy się na wspomnianym placu zabaw po czym wszyscy padliśmy po krótkich kąpielach w hotelowym pokoju.

Hallstatt

Zanim opowiem Wam o Hallstatt muszę się Wam do czegoś przyznać. Dawno nie byłem tak zły po odwiedzeniu jakiegoś miejsca. Zły na siebie, że tak późno odkryliśmy tak piękne miejsce, które znajduje się od nas w takiej odległości jak polskie morze. Hallstatt jest niezwykle urokliwym miasteczkiem, położonym u podnóża Alp Salzburskich, nad jeziorem Hallstättersee.
Jeśli będziecie kiedyś w tej okolicy to koniecznie wpadnijcie. Turystów jest co prawda cała masa, ale nie ma co się tym przejmować. Skręcając w niepozorne uliczki możecie dotrzeć do miejsc, które zapadną w Waszej pamięci na długie lata. 😉

Hallstatt spodobało nam się na tyle, że nawet nie zorientowaliśmy się kiedy minęła nam trzecia godzina spędzona w miasteczku. Kiedy odpaliłem nawigację i sprawdziłem ile czeka nas drogi do kolejnego noclegu, zorientowałem się, że przyjedziemy godzinę po zadeklarowanej porze przyjazdu. Szybki mail do gospodarza z informacją, że będziemy trochę później załatwił sprawę, ale nie przewidzieliśmy jednej rzeczy: do noclegu dojedziemy parę minut przed zmrokiem.
Z pozoru błahostka, która okazała się całą furą szczęścia, ponieważ Kerschbaumhof leży kilkaset metrów nad miasteczkiem Innichen, a dojazd do tego niesamowitego miejsca jest atrakcją ekstremalną. Nie wiem jak inaczej nazwać kilkadziesiąt zakrętów 180 stopni o nachyleniu 50 stopni na drodze, na której mieścił się jeden samochód.
O braku barierek nad przepaściami nawet nie wspomnę. Dla jeszcze lepszego zobrazowania trudności terenu: 5 kilometrów takiej drogi pokonałem na jedynce, w porywach wrzucając dwójkę. Hardkor. Już rozumiecie czemu mieliśmy tyle szczęścia będąc tam 10 minut przed zachodem słońca? Nie wyobrażam sobie tej trasy po ciemku.
Naszym noclegiem okazało się spore gospodarstwo górskie, w którym gospodarze hodowali zwierzęta i na boku prowadzili mini pensjonat. Kiedy weszliśmy do pokoju i zobaczyliśmy jaki rozpościera się widok z balkonu – oniemieliśmy. 10/10. Ten nocleg okazał się jednym z najlepszych wyborów tego wyjazdu. Przemili gospodarze, śniadanie w koszyku pod drzwiami, mleko od krowy z gospodarstwa i bardzo zadbany pokój. Nie można chcieć więcej. Z czystym sumieniem mogę zostawić Wam link do bookingu tego miejsca.

Lago di Braies

Wybór Kerschbaumhof nie był przypadkowy. Piękny pensjonat leży w bardzo bliskiej odległości od lazurowego Lago di Braies, które wylądowało na naszej liście całkowicie przypadkowo. Inspiracją był Instagram Basi, gdzie jedna z osób, które śledzi moja żona, wrzuciła zdjęcie z tego miejsca parę dni przed naszym wyjazdem. Od razu sprawdziliśmy gdzie znajduje się to cudo i jezioro okazało się strzałem w dziesiątkę.
Położone w przepięknym miejscu, posiadające ścieżkę wokół całego jeziora, którą bez problemów można przejść w parę godzin. Jedynym mankamentem były tłumy turystów, które rosły z minuty na minutę.

Niestety nad Braies spędziliśmy tylko godzinkę, ponieważ deszcz zaczął się nasilać, a chodzenie z maluchami w takich warunkach jest wątpliwą przyjemnością – zarówno dla nich, jak i dla nas. Naszym kolejnym celem było włoskie jezioro Garda.

Jezioro Garda

Jeśli wbijecie w nawigację poszczególne miejsca, które tu opisuję, przekonacie się z jakiego założenia wyszliśmy planując noclegi. Nad Gardę jechaliśmy nieco ponad 3 godziny i organizując wyprawę, zdecydowaliśmy, że nad jeziorem spędzimy dwie noce – aby chłopaki trochę odpoczęli od niewygodnych fotelików i żebyśmy złapali nieco oddechu w tej gonitwie.
Decyzja okazała się trafiona, gorzej z wybranym noclegiem na jednym z campingów. W tym miejscu zgadzało się prawie wszystko: rzut kamieniem do plaży, restauracja pod nosem, sklepy całkiem niedaleko. Nie zgadzała się tylko jakość zabukowanego domku. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do losowego schroniska PTTK i wybieracie czteroosobowy pokój. Tak właśnie poczułem się kładąc na piętrowym łóżku, którego materac pamiętał czasy pierwszych turystów nad Gardą lata temu. Łazienka, która znajdowała się w tym 12 metrowym lokum nie miała prysznica. Możecie wyobrazić sobie jak musieliśmy kombinować, żeby wykąpać chłopaków przed snem. Kiedy maluchy już padły poważnie zastanawialiśmy się z Basią czy nie olać tego drugiego, zapłaconego noclegu i szukać czegoś trochę dalej, ale zdecydowaliśmy się zostać i spędzić w tym domku jak najmniej czasu. Na szczęście trafiliśmy z pogodą i kolejny dzień spędziliśmy na plaży, błogo relaksując się po wielu godzinach w samochodzie.
Co do polecenia nad Gardą? Na pewno miasteczko Riva del Garda. Przepięknie położona miejscowość to obowiązkowy punkt na mapie każdego turysty zmierzającego w te rejony i nie ma co się dziwić – znajdziecie tu olbrzymią ilość restauracji, zabytkowych kamienic i innych atrakcji. Naprawdę warto wpaść tu choćby na dwie godziny. Na mniejsze uznanie zasługuje za to miasteczko po drugiej strony Gardy – Peschiera del Garda. Tu znajdziemy parę urokliwych kanałów w weneckim stylu i w zasadzie tyle. Peschiera okazała się dobrym pitstopem na szybki obiad i uzupełnienie płynów. Już tylko jeden nocleg pod Modeną dzielił nas od punktu kulminacyjnego całej naszej wyprawy – Cinque Terre.

Cinque Terre

Magiczne miasteczka na włoskim wybrzeżu były głównym celem naszej wyprawy. Postanowiliśmy wyruszyć od razu po śniadaniu i w pierwszej kolejności dotrzeć do największego miasta – Monterosso al Mare. Wiedzieliśmy, że ma być bardzo gorąco, dlatego zakładaliśmy scenariusz, w którym po dwóch godzinach zwiedzania uciekamy do La Spezi, aby odebrać rezerwację noclegu. Pozwoliłoby to nam na uniknięcie największych upałów i zaoszczędzilibyśmy sobie i chłopakom odrobinę męki. Plan zrealizowaliśmy połowicznie. Samo dotarcie do Monterosso okazało się wyzwaniem podobnym do drogi do Kerschbaumhof. Wąskie drogi na zboczach gór, ostre zakręty i cała masa stresu czy za kolejnym winklem nie czeka mnie czołowe zderzenie z jakąś ciężarówką. Poruszanie się samochodem po Cinque Terre to nie jest najlepszy pomysł. Monterosso okazało się największym i najbardziej obleganym miasteczkiem na wybrzeżu. Na wstępie uderzyły mnie chore ilości leżaków i parasoli na plażach, które okazały się być ogrodzone i płatne. Niestety chciwość Włochów nie zna granic. Z pięknego krajobrazu zrobili maszynkę do nabijania hajsu, która skutecznie obrzydza wizytę w mieście. Nigdy w życiu nie widziałem takiej miejskiej plaży. Spacerowanie w trzydziestostopniowym upale okazało się kiepskim pomysłem, dlatego zdecydowaliśmy się na błyskawiczną ewakuację do La Spezi, w której czekał nas kolejny nocleg.
Nocleg, który okazał się kolejnym strzałem w dziesiątkę. Wynajęliśmy mieszkanie od Włoszki, która prawie w ogóle nie mówiła po angielsku. Wynajęliśmy mieszkanie w pięknej kamienicy niedaleko centrum. Wynajęliśmy mieszkanie, w którym gospodarze zadbali nawet o skrzynię z zabawkami dla dzieci. Mega. La Spezia okazała się naprawdę przyjemnym miastem z urokliwym deptakiem prowadzącym do głównego portu. Zdecydowanie warta polecenia jako punkt wypadowy do miasteczek Cinque Terre. Kiedy odpaliłem wieczorem kompa, całkowicie przypadkowo trafiłem na artykuł, w którym autorka polecała poruszanie się po miasteczkach CT pociągiem. Zaintrygowało mnie to na tyle, że zacząłem zgłębiać temat. Okazało się, że istnieje specjalny pociąg z La Spezi, który dojeżdża do wszystkich nadmorskich miejscowości w zaledwie kilkanaście minut. Ta sama podróż samochodem zajęłaby nam prawie godzinę. Dacie wiarę, że nasz nocleg był położony parę minut od głównego dworca w mieście? 😉 Decyzja była prosta. Dodatkowym argumentem „za” był fakt, że Antek nigdy nie jechał jeszcze pociągiem i obstawialiśmy, że będzie to dla niego kolejna atrakcja w trakcie tych wakacji. Nie da się oddać radości i zainteresowania dwulatka, który dociera na peron i wsiada po raz pierwszy do pociągu. W ten sposób rozpoczęliśmy podróż po trzech pozostałych miasteczkach Cinque Terre: Vernazzy, Manaroli oraz Riomaggiore.

Vernazza

Do Vernazzy dotarliśmy chwilę po 9 rano. Pora okazała się idealna, ponieważ byliśmy w stanie zobaczyć uroki Vernazzy bez kosmicznej ilości turystów. Kiedy usiedliśmy przy porcie, abym zrobił timelapse jak na dłoni widzieliśmy jak z każdym kolejnym pociągiem do miasteczka wlewa się kolejna grupa turystów. W każdym miasteczku byliśmy około godziny i choć to dosyć mało czasu aby zajrzeć do każdego miejsca w mieście, wiedzieliśmy, że cierpliwość naszych szkrabów kurczy się w zastraszającym tempie.

Manarola

Manarola spodobała nam się zdecydowanie najbardziej ze wszystkich miasteczek Cinque Terre. Kapitalnym zabiegiem mieszkańców było zbudowanie trasy, która wiodła wzdłuż góry. Kiedy odeszło się o kilkadziesiąt metrów można było zobaczyć absolutnie zjawiskową panoramę miasta. Był to jeden z najpiękniejszych widoków tego wyjazdu. Warto było pokonać tyle kilometrów, aby dotrzeć do tego miejsca.

Riomaggiore

W Riomaggiore skończyła się cierpliwość chłopaków, o której pisałem wyżej. Zmęczenie i temperatura sprawiły, że byliśmy w miasteczku dosłownie pół godziny. Zdołaliśmy tylko wyskoczyć na taras widokowy, aby zrobić jedno zdjęcie i byliśmy zmuszeni ewakuować się do pociągu. Podróżowanie z dziećmi rządzi się swoimi prawami. 🙂

B&B Bosco Dei Cervi

Nasz kolejny nocleg pod Bolonią zasługuje na osobny akapit, ponieważ spotkała nas tam niezła przygoda. Kiedy  podjechaliśmy pod bramę Bosco byliśmy spóźnieni jakieś 2 godziny w stosunku do deklarowanej godziny przyjazdu. Wysiadłem z samochodu, bo zauważyłem, że w kierunku bramy idzie jakaś starsza pani. Pani okazała się gospodynią tego miejsca, ale miała jedną istotną wadę: nie mówiła W OGÓLE po angielsku. Ani słowa. Serio. Pani zaczęła atakować mnie zdaniami po włosku, odpowiadałem po angielsku, a ona dalej po swojemu. Po paru minutach takiego impasu Pani wyciągnęła telefon i zadzwoniła do córki. Po chwili podaje mi telefon, w którym słyszę piękny i zrozumiały angielski tłumaczący całą sytuację. Okazało się, że córka, która zajmuje się bukowaniem noclegów i obsługą turystów musiała wyjechać do miasta i jej mama ma pokazać nam gdzie mamy pokój. Udało się, Pani otworzyła nam bramę i naszym oczom ukazał się piękny, stary dom, położony na olbrzymiej działce. Piętro domu zostało przerobione na trzy pokoje dla turystów, na parterze mieszkali gospodarze. To miejsce było naprawdę zjawiskowe i dopracowane do najmniejszego detalu. Czy ktoś z Was wpadłby na to, aby wstawić rowerek stacjonarny do ogrodu, żeby turyści mogli jeździć i napawać się widokiem?

Naszym kolejnym celem miała być Wenecja, ale po długich debatach z Basią doszliśmy do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu. Tabuny turystów, niebezpieczeństwo czyhające na maluchy, zapowiadane 35 stopni i bezchmurna prognoza. Zdecydowaliśmy się na zmodyfikowanie naszej trasy i dołożenie nieplanowanej Chorwacji.

Umag

Na campingu Umag spędziliśmy 3 noce i ta decyzja okazała się zbawienna dla morale całej wesołej brygady. Chłopaki przez trzy dni nie wsiadali do samochodu, na terenie campingu było absolutnie wszystko co potrzebne dla miłego odpoczynku po wyjazdowej gonitwie: place zabaw, plaże, baseny, restauracje i sklepy. Ten akapit będzie wyjątkowo krótki, ponieważ działo się niewiele. I dobrze. 🙂

Jezioro Bled

Ruszając z Chorwacji rozpoczęliśmy powrót do Polski. W planach mieliśmy jeszcze dwa noclegi: nad jeziorem Bled oraz w Wiedniu. Słoweńskie jezioro okazało się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Przepięknie położone, z malowniczą wyspą na środku, absolutnie zdumiewające. Koniecznie musicie wdrapać się na wzgórze Ojstrica, z którego rozpościera się zapierający dech w piersiach widok.

Samo dojście do tego miejsca nie zajmuje dużo czasu (około 20 minut), ale strome podejście okazało się dla nas nie-lada wyzwaniem. Chłopaki zapakowani w nosidła na plecach trochę marudzili, ale dali radę. My natomiast zaserwowaliśmy sobie górski treking z obciążeniem, który czuliśmy w nogach kolejnego dnia. Widok z góry rekompensował jednak wszystkie trudy drogi.

Wokół jeziora są trasy rowerowe i biegowe. Słoweńcy zadbali o to, aby przygotować to piękne miejsce pod turystów: można znaleźć wypożyczalnie łódek, kajaków i plaże, które gwarantują bezpieczną kąpiel. Bled to zdecydowanie jedno z tych miejsc, do którego na pewno kiedyś wrócimy. Na dłużej.

Wiedeń

Długo nie mogliśmy się zdecydować na ostatni nocleg w naszej podróży. Z jednej strony nie chcieliśmy się pakować do dużego miasta, aby nie tracić czasu w korkach, a z drugiej strony Wiedeń był idealnie w połowie drogi między jeziorem Bled, a naszym domem w Polsce. Nagle Basia wpadła na absolutnie genialny pomysł.
– „Znajdźmy nocleg koło wiedeńskiego zoo”
Antek jest totalnie sfiksowany na punkcie zwierząt i byliśmy pewni, że wizyta w ogrodzie zoologicznym dobrze wpłynie na jego humor przed dalszą podróżą. Zoo w Schönbrunn jest zjawiskowe. Najstarsze, działające zoo na świecie ma niepodrabialny klimat. Tu nie ma co opisywać, tu trzeba pokazać.

Ogród ma idealną wielkość – obeszliśmy prawie wszystkie zagrody w niecałe dwie godziny. Nie można lepiej nastroić się na podróż powrotną. Pingwiny zawsze potrafią poprawić humor. 🙂

Podsumowanie

Na początku tego posta postawiłem parę pytań – czas na nie odpowiedzieć.

Czy nie jest za wcześnie na ten wyjazd?
Absolutnie nie. Trzymiesięczny niemowlak okazał się bardziej cierpliwy i wyrozumiały niż starszy brat, ale i tak maluchy świetnie się spisały.
Jak chłopaki zniosą taki sposób podróżowania?
Po dwóch-trzech dniach weszli w tryb podróży i Antek zrozumiał, że codziennie śpimy gdzie indziej. Dla zobrazowania jego akceptacji: kiedy weszliśmy do mieszkania nad jeziorem Bled, obszedł wszystkie pokoje po kolei wyliczając: „Tu nie będę spał, tu nie będę spał, o – tu będę spał!”. Nie miał żadnego problemu ze spaniem w obcych miejscach i akceptacją kolejnych hoteli.
Czy taka gonitwa pozwoli nam nacieszyć się widokami i czy nie będziemy w każdym miejscu trochę za krótko?
Wiadomo, że w każdym miejscu fajniej byłoby spędzić choć godzinę więcej, ale nawet dla tych krótkich momentów warto było jechać.
I ostatnie najważniejsze pytanie: czy nie jestem zbyt wielkim egoistą, aby w ogóle wymyślić taki wyjazd?
Ciężko odpowiedzieć mi na to pytanie. Wydaje mi się, że ten wyjazd każdemu z nas dał coś miłego: ja mogłem porobić zdjęcia i polatać dronem w absolutnie zjawiskowych miejscach, chłopaki mogli potaplać się w bezpiecznych basenach campingu Umag i do woli bawić się na pobliskich placach zabaw. Chyba udało nam się znaleźć złoty środek i dobry sposób na dzielenie trasy podróży. Wróciliśmy z tych wakacji zmęczeni, ale szczęśliwi jak nigdy.

Chcecie poznać plany na kolejną europejską objazdówkę? Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Szwecja, Dania, Niemcy, Polska. Trzymajcie rękę na pulsie, widzimy się niedługo. 🙂

Dodaj komentarz